Narkotyki i pisarze to dwa bieguny tego samego świata

znani pisarze
  • 4
  •  
  •  

Znani pisarze kochają narkotyki. Dla niektórych były nieodłącznym elementem codziennego życia, dla innych tylko środkiem wyrazu, jednym ze sposobów przekazywania słowami pokrętnych wizji czy uwypuklania wniosków, które dla trzeźwego umysłu pozostawały w ukryciu. Należy pamiętać, że łączenie narkotyków z twórczością to nie echa przeszłości. Również współcześni pisarze nie stronią od prochów.

 

ZNANI PISARZE WSPOMAGANI NARKOTYKAMI

Dzisiaj mówi się o tym otwarcie, bo pisarze, muzycy czy malarze, wspominają w wywiadach o swoich przygodach z substancjami psychoaktywnymi. Niektórzy robią to ku przestrodze, inni chcą rozliczyć się ze swoimi demonami, bo uzależnienie od narkotyków to zawsze kłopoty, z którymi trzeba walczyć.

Tak jak wspominałem, dla wielu artystów psychodeliki były dodatkowym paliwem, którym mogli rozpalić wyobraźnię. Ken Kesey porównywał branie narkotyków do nurkowania w oceanie, żeby zbadać rafę koralową. Twierdził, że należy najpierw zanurkować, żeby dobrze przyjrzeć się rafie, a potem wrócić na łódź i wyschnąć, żeby opisać swoje odczucia z należytą starannością. Jednak nie wszyscy sławni pisarze używali narkotyków tylko podczas pracy.

 

HUNTER S. THOMPSON – NARKOTYKI BYŁY JEGO PASJĄ

Autor Dziennika zakrapianego rumem czy sławnej Hell’s Angels, A Strange and Terrible Sage of the Outlaw Motorcycle Gang nie jest w Polsce szczególnie znany. Co innego filmy oparte na jego powieściach – Las Vegas Parano oraz wspomniany już Dziennik zakrapiany rumem, bazujący na autobiograficznej powieści Huntera. W obu filmach główną rolę zagrał Johnny Depp. Cóż, być może nawet jest do Thompsona trochę podobny.

Kiedy czytasz wątki biograficzne pisarza, masz wrażenie, że takie rzeczy nie mogły mieć miejsca. Przeglądając Plan dnia Thompsona opublikowany przez Associated Press, w którym główną rolę odgrywają narkotyki i alkohol, wydaje się, że żaden normalny człowiek nie byłby w stanie przeżyć tygodnia takim trybem. Trzeba jednak wiedzieć, że Hunter S. Thompson nie był normalny.

Uparcie twierdził, że narkotyki są mu niezbędne, by tworzyć. Jak przystało na ikonę kontrkultury lat sześćdziesiątych, nie stronił od żadnych używek i był zagorzałym zwolennikiem legalizacji marihuany. Swego czasu kandydował na stanowisko burmistrza, a jego program przewidywał legalizację wszystkich dragów, a karani mieli być tylko ci dilerzy, którzy sprzedawali trefny towar.

Thompson i narkotyki to związek tak nierozerwalny jak literaccy Romeo i Julia albo Tristan i Izolda. Nie przeżyłby dnia bez kreski kokainy. Nie ulega wątpliwości, że był jednym z czołowych ekscentryków jakich wydały na świat Stany Zjednoczone. Większym dziwakiem był tylko Salvador Dali, ale tego wydała na świat hiszpańska ziemia.

Johnny Depp doskonale odnalazł się w świecie Thompsona i dwukrotnie wszedł w jego skórę. Odegrał doskonałą rolę w Las Vegas Parano, filmie, który uchodzi dzisiaj za ikonę kina psychodelicznego. Potem zagrał w Dzienniku zakrapianym rumem, obrazie nagranym ku pamięci pisarza.

NARODZINY STYLU GONZO

Opowieści pisane przez Thompsona charakteryzowały się skrajnym subiektywizmem. W ten sposób narodził się dziennikarski  styl gonzo, którego symbolem jest czerwona pięść ściskająca kwiat peyotlu. Thompson nie był biernym obserwatorem wydarzeń. Opisywał wszystko z własnej perspektywy i doświadczeń. Dlatego łatwiej wysnuć wniosek, że narkotyki miały silny wpływ na jego twórczość, bo ciągle się do nich odwoływał.

Zdanie otwierające Lęk i odrazę brzmi: Byliśmy gdzieś na skraju pustyni w okolicach Barstow, gdy poczułem pierwszego kopa – i opisuje działanie meskaliny, która u Thompsona wywołuje dziwaczne wizje (na przykład ta o krwiożerczych nietoperzach atakujących samochód, co było również pokazane w filmie).

Thompson należał do grona osób wiecznie rozczarowanych życiem i nieustannie szukających rzeczy, które pomogą mu ulżyć sobie w osobliwym cierpieniu. Wiele łączyło go z Ernestem Hemingwayem – nawet samobójcza śmierć i sposób jej wykonania.

Thompson nie zaakceptował starości, bo jest nudna i przytłaczająca. Zupełnie inna od życia, jakie wiódł. Cóż, w tym roku minęło 12 lat od śmierci narwańca, którego los obdarzył ponadprzeciętnym talentem literackim.

 

STANISŁAW IGNACY WITKIEWICZ

Również najwybitniejsi polscy pisarze mieli poukrywane trupy w szafach. Wielu ludzi myśli o Witkacym jako o naczelnym polskim narkomanie. Jednak życie wybitnego artysty nie było aż tak czarno-białe, jak może się nam współczesnym wydawać. Witkiewicz napisał kiedyś książkę, która aktualnie istnieje pod tytułem Narkotyki, ale pierwsze wydanie nazywało się Nikotyna. Alkohol. Kokaina. Peyotl. Morfina. Eter + Appendix.

I choć mogłoby się wydawać, że dla wielu artystów branie narkotyków to temat tabu, Witkacy dość wylewnie opisywał stosowane używki i ich działanie.

Jednak, jeśli myślisz, że Narkotyki to poradnik, to się zawiedziesz. Po pierwszych trzech oraz piątym specyfiku Witkacy jedzie jak po burej kurtyzanie. Zaś ostatnie dwie substancje zostały opisane przez innych autorów. Przejdźmy od razu do peyotlu, bowiem tylko do niego Witkacy miał odmienny stosunek.

Teraz czeka mnie zadanie specjalnie trudne: nie być fałszywie zrozumianym, co przy wyjątkowym stanowisku, które muszę zająć w stosunku do peyotlu, jest bardzo możliwe. Mogę być posądzonym o to, że odsądziwszy od czci i wiary trzy wyżej opisane jady, chcę udowodnić, że jedynie godnym używania jest właściwie ten czwarty i że uratowałem się od trzech nałogów przy pomocy oddania się innemu.

 

RYSUNKOWE EKSPERYMENTY WITKACEGO

W dalszej części Witkiewicz wymienia specyfiki, których używał do „eksperymentów rysunkowych”. Na dodatek wspomina, że peyotl dostarczał mu niebywałych wizji wzrokowych oraz pozwalał na dogłębne wejrzenie w ukryte pokłady psychiki. Podobnie jak Ken Kesey, który stosował LSD do spenetrowania problematyki zdrowia psychicznego bohaterów.

Witkiewicz idzie dalej w swoich wywodach. Twierdzi, że peyotl nie uzależnia, a na dodatek sprawia, że inne nałogi przestają mieć jakiekolwiek znaczenie dla człowieka, który go spróbował. Jego bezkrytyczne podejście demaskuje powyższy cytat, gdzie na końcu Witkacy deklaruje, że wyzbył się trzech nałogów, ulegając czwartemu.

Powinien być używany we wszystkich sanatoriach, gdzie leczą wszelkiego rodzaju nałogowców.

 

Witkacemu wyraźnie brakowało obiektywizmu, kiedy opowiadał o zbawiennym wpływie peyotlu na ludzki organizm. Twierdził, że do zażycia specyfiku skłoniły go historie o niesamowitych wizjach, których narkotyk dostarcza. Jednak w tamtym czasie zdobycie go w Polsce było niezwykle trudne. Łut szczęścia i znajomość z odpowiednimi ludźmi sprawiła, że artysta zdobył narkotyk, o którym wypowiadał się w niezwykle pochlebnych słowach.

Od strony 49 (źródło) opisuje swoje wrażenia po zażyciu peyotlu. Są fascynujące. Pisarz jest zdezorientowany, ale pełen pozytywnych wrażeń na temat tego, czego doświadcza. O żadnej innej substancji Witkiewicz nie wypowiedział się w równie pozytywnych słowach.

Z książki Narkotyki wyłania się obraz człowieka, który nie stronił od substancji zakazanych i postanowił opisać swoje doświadczenia. Zrobił to częściowo ku przestrodze, a częściowo ku zachęcie. Witkiewicz był jednym z tych wyzwolonych ludzi o szerokich horyzontach myślowych i prawie zerowym strachu przed nieznanym oraz przed eksperymentowaniem. Efektem tego były portrety namalowane pod wpływem barwnych wizji i wymieniona wyżej książka. Tylko czy to jeszcze sztuka, czy może sztucznie spreparowana rzeczywistość?

 

ALDOUS HUXLEY NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT

Autor anty-utopijnego dzieła Nowy, wspaniały świat był wizjonerem i przewidział to, co miało się stać kilka dziesięcioleci później. Podobnie jak George Orwell, autor doskonale wszystkim znanego Roku 1984, który w pewnym sensie opisuje polską rzeczywistość. 

Dzisiaj, kiedy ktoś mówi o Huxleyu w kontekście substancji psychoaktywnych, od razu pojawia się informacja, że zażywał meskalinę. Niektórzy idą o krok dalej i przypisują skutkom brania tego narkotyku powstanie wszystkich dzieł pisarza. Trudno powiedzieć jak było w rzeczywistości, natomiast jedno jest pewne – Huxley przynajmniej jedno dzieło stworzył pod wpływem.

Drzwi percepcji to esej z 1954 roku. Traktat o postrzeganiu świata, percepcji oraz jej zmianach wywołanych substancjami psychoaktywnymi. Huxley opisał w nim doświadczenia z meskaliną oraz próbował jak najdokładniej zinterpretować swoje wizje. Nieopatrznie esej stał się biblią hipisów, a Huxley wyrósł na kolejnego kontrkulturowego bohatera mas.

Dla ludzi ciekawych działania meskaliny, odsyłam do eseju. Jeśli nie przyłożycie się do wnikliwej analizy tekstu, może być trudno odróżnić narkotyczne wizje autora od rzeczywistych doznań.

Tekst ma lekko pozytywny wydźwięk w stosunku do meskaliny. Wydaje się wręcz pewne, że Huxley miał do niej słabość I stosował ją nie tylko w celu napisania Drzwi percepcji. Huxley i Witkacy uznawali ulubione używki za zupełnie nieszkodliwe. Sądzili, że są całkowicie bezpieczne i nie uzależniają. Cóż, uznani pisarze często podchodzą lekkomyślnie do tematu używek. W tym względzie nie warto brać z nich przykładu.

Więc tymczasem żegnam was – może na długo, a może na zawsze. Kto wie? Nie palcie, nie pijcie, nie zażywajcie kokainy – spróbujcie w razie czego peyotlu.

 

ŹRÓDŁA:

Fotografia użyta do wpisu – licencja Creative Commons Zero – fot. rawpixel.com

Hunter S. Thompson | Dziennik zakrapiany rumem 

Stanisław Ignacy Witkiewicz | Narkotyki.

Twórca i redaktor bloga Kultura Masowa. Uwielbia twórczość Edgara Allana Poego i Salvadora Dali. Oprócz czytania książek, rysowania i oglądania filmów, wie co się dzieje na europejskich boiskach piłkarskich.

3 Comments on “Narkotyki i pisarze to dwa bieguny tego samego świata”

  1. Cóż, dzieł pisarskich tych autorów nie znam dokładnie. Tylko ,,Nowy wspaniały świat,,. Witkacego dramaty dla mnie nie do przeczytania. Strasznie niestrawne. Nie zdziwiłabym się, gdyby pisał je w trakcie brania, ale wtedy niezbyt dobrze świadczyłoby to o wenie wywołanej narkotykiem. Obrazy trochę lepsze. Może maluje się lepiej niż pisze. A Hunter w ogóle nieznany, więc narkotyki nie pomogły mu stworzyć wielu dzieł. Tak więc lepiej nie brać niż brać, bo szanse na sukces literacki takie sobie.

    1. Ale masz rację, tyle że w latach 60. i 70. takie praktyki były powszechne w każdej grupie zawodowej, z tym, że wszelkiej maści artyści zrobili z tego coś mistycznego. Takie mam wrażenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *