•  
  •  
  •  
  •  
  •  

225 total views, 1 views today

Słuchałem dzisiaj The Ink Spots, Address Unknown – ci z Was, którzy widzieli Better Call Saul ­– klasyczny spin-off Breaking Bad, doskonale znają tę piosenkę. Wspominam o tym nieprzypadkowo, bo we wrześniu 2018 roku Netflix zabierze widzów w kolejną podróż do Albuquerque.

  

WIDMO BREAKING BAD

Zanim przejdę dalej, chciałbym zatrzymać się na chwilę przy utworze, który puszczony na samym początku pierwszego odcinka Better Call Saul wprowadził mnie w nostalgiczny nastrój, któremu byłem uległy aż do końca trzeciego sezonu, a teraz nucę to czasem, czekając na czwartą część.

Vince Gilligan znany jest z daleko idącego perfekcjonizmu podczas pracy. Dobrym przykładem będzie anegdota z planu Breaking Bad, kiedy to scenarzysta przez kilka godzin szukał koszulki dla Hanka w odpowiednim odcieniu szarości. Wyjątkowa dbałość o szczegóły pozwoliła mu stworzyć naprawdę dobry serial kryminalny.

I tym razem pomysłodawca serii o prowincjonalnym prawniku z Albuquerque stara się pracować nad detalami, bo doskonale wie, że to one wpływają na odbiór całości przez widza. Gilligan jest wizjonerem na miarę tych największych. Doskonale radzi sobie z budowaniem klimatu, a wybór Address Unknown pod ścieżkę dźwiękową jest tego najlepszym przykładem.

Zaśpiewajmy to razem: „Adres nieznany, nie ma nawet śladu po Tobie, (…) Powinienem wiedzieć, że nadejdzie dzień, kiedy odejdziesz…”. Jeśli oglądaliście Breaking Bad to wiecie, co oznaczają te słowa. Mnie aż ścisnęło w dołku, kiedy oglądałem pierwszy epizod Better Call Saul.

Czarno-białe ujęcia, Saul Goodman (a właściwie już ktoś zupełnie inny) patrzący w kamerę niemrawo, w sposób zdradzający brak jakichkolwiek nadziei na lepszą perspektywę, nieszczęśliwy, że sprawy przybrały tak zły obrót.

 

BETTER CALL SAUL TO COŚ WIĘCEJ NIŻ SPIN-OFF

W pierwszych sekundach nowego serialu widzę człowieka, który już do końca życia będzie musiał oglądać się za siebie. Mężczyznę, który stracił tożsamość, ale zostało w nim mnóstwo wspomnień, tęsknota i nostalgiczne poczucie, że przegrał w życiu coś, co definiowało jego osobę i spajało go ze światem.

Człowiek myśli sobie wtedy, że coś takiego może spotkać każdego z nas. Bycie elementem szarej masy nabiera w początkowych ujęciach Better Call Saul zupełnie nowego znaczenia. Ciężko wyrazić słowami co się czuje, oglądając sceny z nowego życia starego Saula Goodmana, który musiał porzucić wszystko, by uciec przed wymiarem sprawiedliwości.

Ma się poczucie tak silnego utożsamienia się z postacią byłego adwokata, że aż chciałoby się razem z nim wrócić do Albuquerque i dalej kręcić lody na ciemnych interesach z opryszkami.

Mimo to, Vince Gilligan obawiał się negatywnego odbioru serialu. Z pewnością spodziewał się, że ludzie będą oglądali to przez pryzmat Breaking Bad, które przecież okazało się sukcesem nie do powtórzenia, o czym swego czasu mówił chyba każdy.

Jednak udało się stworzyć coś, co – choć w istotny sposób nawiązuje do pierwowzoru, a podobieństwa widać niemal na każdym kroku – okazało się świeże i całkiem przyjemne w odbiorze. Czymś, co znowu zaskoczyło i wciągnęło widza w znany niczym rodzinna dzielnica, świat upalnego Albuquerque.

 

DOBRY SERIAL KRYMINALNY CZY ODGRZEWANY KOTLET?

Jeśli jeszcze nie oglądaliście Better Call Saul, bo baliście się, że to zabije w Was wrażenia pozostawione przez Breaking Bad, to chcę powiedzieć, że myślałem tak samo. Obejrzałem i nie żałuję, bo to dobryserial. Nie boję się powiedzieć, że pod wieloma względami lepszy niż pierwowzór.

Przynajmniej dla mnie, bo urzekła mnie ta nostalgiczna, chwytająca za serce tęsknota za dawnymi czasami. Cóż, prawda jest taka, że tęsknię razem ze starym Saulem. Gilligan opowiada nam o tym, co działo się 7 lat przed wydarzeniami opisanymi w Breaking Bad. Nie było jeszcze sprytnego Saula, tylko prowincjonalny adwokat i nieudacznik James McGill.

Jego porażki to w gruncie rzeczy coś na wzór walki z wiatrakami. Jemu nie można odmówić sprytu i inteligencji. Widać to wielokrotnie, bo Jimmie nigdy nie waha się użyć tych dwóch cech do własnych celów, ale to w gruncie rzeczy dobry i poczciwy facet.

Desperacko chce odnieść sukces jako prawnik. Na domiar złego, cały czas spotyka się z kłodami rzucanymi mu pod nogi przez własnego brata. W Jamesa prawie nikt nie wierzy, a on mając tego świadomość, próbuje coś z tym zrobić, jednak los to też kawał skurwysyna.

 

DRUGOPLANOWI AKTORZY MOGLI ROZWINĄĆ SKRZYDŁA

W tym wszystkim wspaniale partneruje mu Jonathan Banks wcielający się w rolę Mike’a Ehrmantraut’a. Doskonała kreacja. W Zadzwoń do Saula Banks mógł rozwinąć skrzydła i pokazać, że potrafi zbudować wielowymiarową postać. Widz dopiero w tym serialu dostaje odpowiedzi na wiele nurtujących go pytań, które zostawiło bez odpowiedzi Breaking Bad.

Przeszłość byłego policjanta, który przeszedł na ciemną stronę mocy okazuje się niezwykle interesująca i wstrząsająca zarazem. Jeśli nie umiecie sobie odpowiedzieć na pytanie, ile możecie poświęcić dla swoich bliskich, to postawa Mike’a Ehrmantraut’a – z pozoru nudnego i bezbarwnego parkingowego – sprawi, że zrozumiecie, że dla rodziny można wszystko.

 

PUNKTY STYKU

Wszyscy lubimy, kiedy twórcy puszczają oko do widza – tym właśnie są tak zwane “easter eggs”. W Better Call Saul serialu będzie ich dość dużo. Już w pierwszych sekundach pierwszego odcinka serii, mamy całą gamę smaczków – poczynając od Cinnabon w Omaha, a kończąc na spektakularnym wejściu Tuco Salamanki, który od razu jaki z niego świrus.

Oczywiście nie powie tego o nim jego babcia, która ma odmienne zdanie na temat kochającego wnuczka. Kto jak kto, ale przecież świry kochają najmocniej.

Nie zabraknie też nestora rodu, Hectora Salamanki czy Gusa Fringa. Historia tych dwóch panów opowiedziana w BCS pozwoli widzom zrozumieć niektóre wątki nakreślone w Breaking Bad.

Cóż, Vince Gilligan rozbudował swoje uniwersum, a poprzeczka dla twórców sensacji została powieszona jeszcze wyżej. Całkiem możliwe, że Gilligan to prawdziwy geniusz, bo przecież już po zakończeniu Breaking Bad wydawało się, że nie można lepiej zrobić dramatyczno-sensacyjnego serialu, ale on pokazał, że wszystko da się poprawić. Pozostaje nam tylko czekać na nowy sezon Better Call Saul i liczyć, że będzie jeszcze lepszy niż poprzednie.

Tak jak wspomniałem wcześniej, Better Call Saul to równie dobry serial kryminalny, co Breaking Bad. Jeśli się ze mną nie zgadzasz lub zgadzasz, to zachęcam do komentowania.

 

Jeśli podobał Ci się ten tekst, to zachęcam do przeczytania innych, a także do odwiedzenia profilu POPKULTURY na Facebooku. 😉